EA Sports FC 27. Chyba powoli wyrastam z gry, na której się wychowałem

Moja przygoda z wirtualną piłką zaczęła się od FIFA 13. Od tamtej pory minęło czternaście lat, zmieniły się konsole, silniki graficzne, nazwiska na okładkach, a nawet nazwa całej serii. Zmieniłem się również ja. Kiedyś potrafiłem spędzać przy Fifie naprawdę mnóstwo czasu (w każdej odsłonie spędzałem średnio 300 godzin w ciągu roku), a dzisiaj odpalam ją raczej od święta, najczęściej po to, żeby rozegrać kilka spotkań „na serio” w karierze menedżera. I kiedy patrzę na EA Sports FC 27, coraz częściej zastanawiam się, czy to ja straciłem dawny entuzjazm, czy może seria, którą tak dobrze pamiętam i uwielbiam (lub uwielbiałem?), zaczęła skręcać w kierunku, który zwyczajnie przestał mnie interesować.
EA Sports FC 27. Chyba powoli wyrastam z gry, na której się wychowałem

Bo nie można z czystym sumieniem stwierdzić, że najnowsze FC jest złą grą. Na boisku nadal potrafi dostarczać emocji, nawet przez rozbudowany gameplay więcej niż kiedykolwiek wcześniej, licencje robią wrażenie, oprawa kolejnych spotkań jest coraz bardziej dopracowana, a wybór sposobów zabawy pozostaje ogromny. Problem polega na tym, że gdzieś pomiędzy kolejnymi sezonami, przepustkami, wydarzeniami, kartami i nagrodami zaczęła mi umykać sama przyjemność grania w piłkę. EA Sports FC 27 jest pod wieloma względami bardziej rozbudowany niż FIFA, którą pamiętam sprzed lat. Tylko czy naprawdę dzięki temu bawię się lepiej?

Kiedy wirtualna piłka nożna zaczęła przypominać drugi etat?

Nie zamierzam pisać bajek o tym, że FIFA 13 była ideałem, a wszystko, co pojawiło się później, stanowiło jeden wielki krok wstecz. Tamte gry również miały swoje problemy, dziwaczne zachowania zawodników, słynne „wylewy” bramkarzy, wrzutki na główkę Ibarbo nie do zatrzymania, irytujące błędy, kick-off glitche i rozwiązania, które w wielu domach zniszczyły mnóstwo padów. Ultimate Team też przecież nie pojawił się wczoraj, podobnie jak możliwość wydawania prawdziwych pieniędzy na wirtualne paczki.

Zmieniła się jednak skala całego przedsięwzięcia. Dawniej miałem poczucie, że kupuję grę piłkarską, która przede wszystkim chce, żebym rozgrywał mecze. Dzisiaj już raczej czuję, że kupuję dostęp do wielkiego ekosystemu, który nieustannie próbuje utrzymać moją uwagę. Codzienne i tygodniowe zadania, wydarzenia ograniczone czasowo, sezonowe nagrody, przepustki, specjalne karty, kolejne wyzwania. Zawsze jest coś do zrobienia, zawsze można zdobyć coś jeszcze, zawsze istnieje jakiś powód, żeby wrócić.

I oczywiście rozumiem, dlaczego takie rozwiązania powstają. Gry-usługi potrafią żyć przez wiele miesięcy, zapewniają regularnie nową zawartość i pozwalają społeczności angażować się znacznie dłużej niż przez kilka tygodni po premierze. Dla osób, które traktują FC jako swoją główną grę, to może być świetna wiadomość.

Tylko że ja nie chcę już traktować Fify jak drugiego etatu. Nie chcę mieć poczucia, że opuszczenie kilku dni zabawy oznacza utratę szansy na zdobycie jakiejś nagrody. Nie chcę analizować kalendarza wydarzeń i sprawdzać, co powinienem zrobić, żeby nadążyć za resztą społeczności. Mam ochotę usiąść wieczorem, rozegrać dwa albo trzy spotkania, wyłączyć konsolę i wrócić do gry wtedy, kiedy ponownie najdzie mnie ochota. Bez wyrzutów sumienia, bez presji i bez zastanawiania się, ile zawartości właśnie mnie ominęło.

Czytaj też: Coś paskudnego stało się z dodatkami do gier wideo

Ultimate Team to skarbonka bez dna. Nawet jeśli nie trzeba do niej wrzucać pieniędzy

Najlepszym przykładem i symbolem tej zmiany jest Ultimate Team. Absolutnie rozumiem jego fenomen. Budowanie drużyny marzeń, zdobywanie kolejnych zawodników, szukanie odpowiedniego ustawienia i rywalizacja z innymi ludźmi to pomysł, który potrafi wciągnąć bez reszty. Tym bardziej że możliwość zestawienia piłkarzy z różnych lig, klubów i epok ma w sobie coś fantastycznego i może spełnić marzenia wielu fanów futbolu, dodając do tego przecież piłkarzy emerytowanych czy piłkarki.

EA Sports FC 27 dokłada do tego kolejne elementy. Pojawiła się galeria FUT, nowe warianty kart, zmiany w wyzwaniach budowania składu i sposobach zdobywania nagród. Sam mechanizm rozwijania zespołu jest niezwykle rozbudowany, a niemal każdy jego element daje poczucie, że jesteśmy o krok od stworzenia czegoś jeszcze lepszego. Tyle że właśnie tutaj zaczyna się mój problem.

Ultimate Team coraz mniej przypomina mi zabawę w tworzenie wymarzonej drużyny, a coraz bardziej niekończący się wyścig za kolejną kartą. Zdobywasz świetnego piłkarza, cieszysz się nim przez chwilę, a niedługo później pojawia się następny, jeszcze lepszy. Zawsze możesz wymienić kolejnego zawodnika, poprawić kolejną pozycję, zdobyć kolejną nagrodę. Meta się zmienia, wydarzenia przychodzą i odchodzą, a twój zespół, z którego jeszcze niedawno byłeś dumny, zaczyna wyglądać jak projekt wymagający pilnej modernizacji.

Oczywiście nie trzeba wydawać prawdziwych pieniędzy, żeby grać w Ultimate Team i odnosić sukcesy. Można rozwijać drużynę poprzez mecze, handel i wykonywanie wyzwań. Nie jest też teoretycznie tak, że każdy, kto kupuje FC Points, automatycznie wygrywa z tymi, którzy tego nie robią. Umiejętności nadal mają znaczenie, a — jak to się mawia w żargonie „fifaczy”, skilla nie kupisz. Tylko że tam, gdzie jedni inwestują swój czas, inni mogą dodatkowo inwestować pieniądze. A cały system został skonstruowany w taki sposób, żeby nieustannie podsuwać kolejne możliwości zdobywania zawartości.

Szczególnie wymowna jest dla mnie sama oferta FC 27. Oprócz standardowej edycji pojawiły się droższe warianty, oferujące między innymi tysiące FC Points i dostęp do przepustek premium. Jeszcze przed rozpoczęciem właściwej zabawy można było więc kupić sobie całkiem pokaźny pakiet elementów związanych z dalszym rozwojem w grze. Nie jest to nic wyjątkowego na współczesnym rynku, ale doskonale pokazuje, jak bardzo zmienił się sposób sprzedawania wirtualnej piłki.

Ultimate Team w FIFA 14 to był mój peak grania w ten tryb. Piękne czasy, kiedy skład ze złotych kart wystarczał do samego końca.

Najbardziej męczy mnie jednak fakt, że ta cała pogoń ma niezwykle krótki termin przydatności. Przychodzi kolejny wrzesień, nowa odsłona gry i zabawa z budowaniem drużyny rozpoczyna się praktycznie od nowa. Setki rozegranych spotkań, godziny spędzone na kompletowaniu składu, wszystkie zdobyte karty — to doświadczenia, które oczywiście pozostają we wspomnieniach, ale nie tworzą trwałego zespołu, który możemy po prostu zabrać do następnej odsłony.

Z biznesowego punktu widzenia to genialny model. Z perspektywy kogoś, kto chciałby po prostu od czasu do czasu pograć w piłkę, jest coraz mniej atrakcyjny. EA raczej od tego nie odejdzie, ale chciałbym chociaż pójścia w stronę Fortnite, gdzie bazowa gra jest darmowa i stale rozwijana. Raczej pozostanie to jednak moje niedoczekanie.

Czytaj też: Capcom szturmem zdobywa 2026 rok. Recenzja Onimusha: Way of the Sword 

Otwarty świat miał być wielką rewolucją. A ja właściwie zdążyłem o nim zapomnieć

Jedną z największych nowości EA Sports FC 27 jest The Grounds, czyli próba wprowadzenia do serii czegoś na kształt otwartego, społecznościowego świata. Możemy stworzyć własnego zawodnika, poruszać się po przygotowanych dzielnicach, uczestniczyć w rozmaitych aktywnościach i rozgrywać mecze w mniejszych składach, od pojedynków jeden na jednego po większe spotkania — coś, co znamy z NBA od 2K. Całość łączy również dotychczasowe doświadczenie Klubów.

Na papierze brzmi to naprawdę ambitnie. W końcu po tylu latach wypadałoby oczekiwać od EA czegoś więcej niż kolejnych zmian w animacjach, mechanice podań czy zachowaniu obrońców. The Grounds przynajmniej próbuje wyjść poza dotychczasowy schemat i zaproponować coś nowego.

Tylko że dla mnie ta nowość… przeszła niemal bez echa. Wiem, że tryb ma swoich odbiorców, a EA rozwija go po premierze, reagując również na problemy z dobieraniem graczy czy działaniem poszczególnych aktywności. Ale nie widziałem żadnego materiału na YouTube na ten temat, społeczność EAFC na X też nie zabiera głosu w tej sprawie, a ja sam pomijam ten tryb w menu. Czy The Grounds okazało się porażką? To byłby raczej za mocny osąd, ale bez dwóch zdań nie jest to nic przełomowego. U nikogo nie wywołało to większych emocji po premierze. I mam wrażenie, że właśnie to jest najbardziej wymowne.

Kiedyś wiadomość o zupełnie nowym, dużym trybie w Fifie prawdopodobnie wystarczyłaby, żebym nie mógł doczekać się premiery. Dzisiaj patrzę na ogrom nowych możliwości i zastanawiam się, czy rzeczywiście ich potrzebuję. Otwarte światy doceniam w wielu innych grach, ale w piłkarskim FC niekoniecznie marzę o spacerowaniu awatarem między kolejnymi aktywnościami. W dodatku trudno oprzeć się wrażeniu, że nawet tutaj bardzo mocno wyeksponowano mechanizmy charakterystyczne dla gier-usług. Rozwijanie postaci, zdobywanie walut, kosmetyczne dodatki, sklep z regularnie zmieniającą się ofertą, sezonowe wydarzenia. The Grounds oferuje coś więcej niż kolejny sposób rozegrania meczu, ale jednocześnie wpisuje się w tę samą filozofię nieustannego angażowania gracza.

Pewnie dla młodszych odbiorców, wychowanych na Fortnite, Robloxie i światach, w których równie ważne jak sama rozgrywka są wygląd postaci oraz interakcje ze znajomymi, będzie to naturalny kierunek rozwoju. I to normalne, że gry muszą się zmieniać, a oczekiwanie, że EA będzie przez kolejne kilkanaście lat odtwarzać Fifę 13 czy 14 w coraz ładniejszej oprawie, byłoby zwyczajnie absurdalne. Tyle że nie każda zmiana jest już zmianą dla mnie.

Czytaj też: Recenzja Valor Mortis. Polacy zrobili soulsy, których FromSoftware nie zrobiło

Kariera menedżera. Ostatni bastion mojej miłości do Fify

I właśnie dlatego, kiedy uruchamiam EA Sports FC 27, najczęściej kieruję się prosto do kariery menedżera. To tryb, który przez lata EA potrafiło traktować po macoszemu, a wiele mechanik nadal dalekich jest od poziomu symulacji, który znamy chociażby z Football Managera; chociaż trzeba EA oddać, że w tym roku się postarali i rozwinęli wiele mechanik. Ale kariera ma jedną przewagę nad całą resztą — pozwala mi czerpać przyjemność z gry na własnych zasadach.

Mogę przejąć przeciętny klub i spróbować doprowadzić go do europejskich pucharów. Mogę budować zespół wokół młodych zawodników, szukać okazji transferowych albo po prostu prowadzić ulubioną drużynę przez kolejne sezony. Nie interesuje mnie, czy mój napastnik jest aktualnie najbardziej pożądaną kartą w Ultimate Team. Liczy się to, że strzelił mi dwadzieścia bramek, uratował kilka trudnych spotkań i stał się ważną częścią historii, którą sam tworzę.

Co więcej, jak wspominałem, akurat w FC 27 ten tryb doczekał się zmian, które rzeczywiście mnie interesują. Przebudowany rynek transferowy uwzględnia aktywniejsze działania innych klubów, negocjacje stały się bardziej rozbudowane, a dynamiczne oceny zawodników sprawiają, że forma, morale czy kondycja mogą wpływać na ich aktualne możliwości. Pojawiły się też nowe scenariusze i wyzwania menedżerskie, w tym takie tworzone przez społeczność.

To są rozwiązania, które mają dla mnie sporo sensu, bo rozwijają to, co lubię w piłkarskich grach najbardziej — sprawiają, że budowanie drużyny może być bardziej angażujące, a każdy sezon staje się mniej przewidywalny. Oczywiście nie wszystkie nowości działają idealnie i EA nadal musi poprawiać niektóre mechaniki. Sam fakt, że po premierze dodano większą kontrolę nad częstotliwością konferencji prasowych i nieoczekiwanych wydarzeń, pokazuje, że część pomysłów wymagała dostrojenia.

Jest zresztą pewna ironia w tym, że również kariera coraz mocniej zbliża się do filozofii gry-usługi. Sezonowe wyzwania, odblokowywane nagrody czy specjalne scenariusze zaczynają funkcjonować obok tradycyjnego prowadzenia klubu — chociaż mnie osobiście to irytuje i często gram w karierę offline, żeby nie widzieć postępu w przepustce sezonowej. Na szczęście nadal mogę po prostu uruchomić własną karierę i zajmować się nią we własnym tempie.

I wiecie co? To mi wystarcza. Nie potrzebuję holograficznych kart, codziennych nagród ani kolejnego eventu z ograniczonym czasem trwania. Potrzebuję dobrego meczu, ciekawego okna transferowego i satysfakcji, kiedy zawodnik sprowadzony za niewielkie pieniądze (pozdrawiam Jorthiego Mokio) po kilku sezonach staje się gwiazdą drużyny. Niby nic wielkiego, ale mi daje to więcej frajdy niż kolejne SBC czy player picki po UT Champions.

Czytaj też: Recenzja Marvel’s Wolverine. Logan dostał po głowie bardziej niż na to zasłużył

Czy to FIFA się zmieniła, czy ja po prostu dorosłem?

Pewnie jedno i drugie. I uważam, że warto to uczciwie przyznać, zamiast obwiniać za wszystko Electronic Arts. Mam dzisiaj zupełnie inny stosunek do gier niż kilkanaście lat temu. Gram w więcej różnych tytułów, mam mniej czasu i nie czuję już potrzeby, żeby przez cały rok skupiać się na jednej produkcji. Nie interesuje mnie śledzenie aktualnej mety, szlifowanie składu pod kolejne rozgrywki czy walka o każdą możliwą nagrodę.

Z drugiej strony EA Sports FC rzeczywiście stało się czymś znacznie większym niż tradycyjna gra piłkarska. Dzisiaj to rozbudowana platforma rozrywki, która chce być obecna w życiu graczy niemal codziennie. I trudno mieć do twórców pretensje o to, że rozwijają rozwiązania, które przyciągają miliony odbiorców, a przy okazji ładują im miliony dolarów na konto. Ultimate Team nie bez powodu pozostaje jednym z filarów całej serii, a The Grounds jest próbą zainteresowania nią również tych, którzy oczekują bardziej społecznościowej zabawy.

Mam jednak wrażenie, że w tej pogoni za coraz większym zaangażowaniem trochę zapomina się o graczach takich jak ja. O osobach, które wcale nie chcą spędzać w FC kilkuset godzin rocznie, rywalizować w sieci ani budować wirtualnej kolekcji. Które kupują grę piłkarską, bo zwyczajnie lubią futbol i od czasu do czasu chcą poczuć emocje związane z prowadzeniem ulubionej drużyny.

Nie twierdzę, że EA powinno porzucić Ultimate Team, usunąć mikropłatności i wrócić do rozwiązań sprzed dekady. Chciałbym raczej, żeby tradycyjne sposoby zabawy nie ginęły w cieniu kolejnych pomysłów na zatrzymanie użytkownika na dłużej. Żeby rozwój kariery menedżera, sztucznej inteligencji rywali i samej rozgrywki był równie ekscytujący jak zapowiedzi nowych systemów progresji.

Bo przecież mecze nadal potrafią mnie wciągnąć. Nadal zdarza mi się denerwować po straconej w ostatnich minutach bramce, cieszyć z niespodziewanego zwycięstwa i obiecywać sobie, że rozegram już tylko jedno spotkanie, kiedy potem oczywiście rozgrywam kolejne. To właśnie takie pozornie nic nieznaczące momenty przypominają mi, dlaczego od tylu lat wracam do tej serii.

Czytaj też: Wiedźmin 3 wrócił po 11 latach i pobił rekord. Nie wszystko jednak wyszło

EA Sports FC 27 nie jest grą dla każdego. I chyba muszę się z tym pogodzić

Nie pokażę EA Sports FC 27 symbolicznej czerwonej kartki. Nie uważam też, że Electronic Arts kompletnie zniszczyło serię, która kiedyś sprawiała mi tyle przyjemności. Wciąż znajduje się tutaj mnóstwo dobrej piłkarskiej zabawy, a część tegorocznych usprawnień naprawdę zasługuje na uznanie. Szczególnie te dotyczące kariery menedżera. Po prostu coraz wyraźniej widzę, że główny kierunek rozwoju FC nie pokrywa się z tym, czego sam oczekuję od gry.

EA chce budować wielką, żyjącą przez cały rok piłkarską platformę. Ja chciałbym czasem wrócić do domu, włączyć konsolę i przez godzinę poczuć się jak trener ulubionej drużyny. Bez konieczności nadążania za całym tym światem i oglądania tego, jak idzie mi w przepustce sezonowej.

Może więc nie wyrastam z Fify — może po prostu wyrastam z konieczności bycia w niej cały czas. I choć od FIFA 13 dzieli mnie już czternaście lat, wciąż wystarczy jeden dobrze rozegrany mecz, żeby przypomnieć sobie, dlaczego kiedyś tak bardzo pokochałem tę serię. Szkoda tylko, że dzisiaj muszę przedzierać się przez tyle dodatkowych atrakcji, żeby odnaleźć dokładnie to samo uczucie.

Kacper CembrowskiK
Napisane przez

Kacper Cembrowski

Redaktor Prowadzący
Dziennikarz z wykształcenia, ale przede wszystkim z pasji i wyboru. Zacząłem pisać do internetu w wieku 15 lat — od branży gamingowej płynnie przeszedłem do nowych technologii, z czasem poszerzając je także o motoryzację. Po drodze zacząłem również coraz częściej stawać przed kamerą i za nią. Na co dzień zajmuję się tworzeniem i rozwijaniem treści technologicznych w wielu formach. Piszę artykuły, recenzje, felietony i scenariusze, nagrywam oraz montuję materiały wideo, prowadzę wywiady i realizuję formaty wideo oraz podcastowe. Równolegle rozwijam projekty w mediach społecznościowych. Regularnie relacjonuję najważniejsze targi technologiczne i motoryzacyjne na całym świecie, testuję najnowszy sprzęt oraz samochody, a także pracuję przy współpracach komercyjnych z markami i uczestniczę w procesach sprzedażowych oraz projektowych związanych z mediami i content marketingiem. Od 2020 roku prowadzę również własny podcast. Praca z mikrofonem i kamerą jest dla mnie naturalnym przedłużeniem dziennikarstwa — pozwala opowiadać o świecie nowych technologii, motoryzacji i współczesnej kultury w bardziej bezpośredni sposób. Fascynuje mnie technologia w każdej postaci — szczególnie ta nowoczesna, choć retro sprzęty mają w moim sercu specjalne miejsce (transparentne obudowy zawsze wygrywają). Uwielbiam japońską (pop)kulturę, katalońską piłkę nożną, sprzęty z Cupertino, samochody elektryczne (i najlepiej ze stali nierdzewnej), minimalistyczny design, dystopijny streetwear i anti-fashion, a muzyka towarzyszy mi całą dobę. Najlepiej czuję się w studiu nagraniowym, na planie wideo albo w samolocie.