W 2025 roku musiałem, albo też chciałem, dokupić kilka technologicznych urządzeń. Skoro już je mam i się sprawdzają, być może będę w stanie podpowiedzieć komuś w wyborze, albo zainspirować do wydania własnych pieniędzy. Oto najciekawsze urządzenia, jakie wpadły mi w ręce w 2025 roku.
Monitor MSI MPG 491CQP QD-OLED – zostałem na niego skazany

Z monitorem o, jak to w przypadku monitorów, przydługiej nazwie dosłownie trochę nie miałem wyjścia. Zacznijmy od tego, że chciałem monitor duży, który wcale nie musiał być szerokości telewizora. Wręcz przeciwnie, z pocałowaniem ręki wziąłbym płaskie 40 cali i nawet na takim pracuję w biurze. Konkretnie jest to AOC Agon AG405UXC – matowy, płaski, 4K, 21:9. Idealny rozmiar i proporcje, nie zajmuje przesadnie dużo miejsca na biurku. Tyle tylko, że do edycji zdjęć i filmów potrzebuję lepszych kolorów.

Tu zaczynają się schody, bo nie udało mi się znaleźć równie dużego monitora o proporcjach 21:9, który spełni moje wymagania, więc jedyną opcją był OLED. Asus ROG Swift OLED PG42UQ zdecydowanie odpadał, bo telewizor to ja mam w salonie. Poza tym odstaje możliwościami od nowszych OLED-ów. Potem na biurko wpadł mi MSI MPG 321URX QD-OLED i to było to! Prawie… Zgadzało się w nim wszystko, poza rozmiarem. 32 cale i 16:9 było ciasne, poza tym na bardzo dużym biurku – 180 x 80 cm, ten ekran był zwyczajnie za mały. Więc jedyną sensowną opcją było wziąć to samo, tylko większe i tak padło na MSI MPG 491CQP QD-OLED. Rozważałem jeszcze Philipsa o podobnych parametrach, ale nie pamiętam już dlaczego, ale coś bardzo mocno go przekreśliło przed zakupem.

Swoją drogą,to jest dokładnie te same biurko i tak wyglądały na nim 32 cale:

MSI MPG 491CQP QD-OLED to genialny ekran. Topowa jakość obrazu, wysokie pokrycie palety kolorów, sprawdza się zarówno przy pracy, jak i przy grach. Tak, znam narzekanie na monitory 32:9, natomiast praktycznie nie zdarza mi się korzystać z niczego, co wymaga dużej przestrzeni w pionie. Do montowania wideo – idealny. Do zdjęć – prawie. Prawie, bo na pełnym ekranie zdjęciom potrafi brakować rozdzielczości i o ile nie używasz 100 Mpix Hasselblada lub Fujifilm, albo Sony A7R V, lepiej brać się za edycję w mniejszym oknie. A jeśli kogoś zastanawia, czy taki ekran nie jest za duży to naprawdę wszystko zależy od biurka. Jeśli jest bardzo duże to ten ekran jest w sam raz. Na 140 cm szerokości lub mniejszym nawet nie próbowałbym go ustawiać. Chyba że z opcją powieszenia na ścianie.
Czytaj też: Recenzja POCO F8 Ultra. Boombox w jeansach wszedł na salony
Plecak Manfrotto Pro-Light II Frontloader M, z którym wyglądam jak 5-latka z tornistrem

Na plecaku fotograficznym nie można oszczędzać. Pakowanie sprzętu wartego nierzadko dziesiątki tysięcy złotych w plecak z Temu za 150 zł jest zwyczajnie nieodpowiedzialne. Mój poprzedni plecak Vanguard Veo Adaptor był już wyeksploatowany do granic, poza tym pakowanie sprzętu po bokach nie było zbyt wygodne.
Moim pierwszym wyborem był ThinkTank Airport Essentials Rolling Backpack i nawet nie wiecie, jak bardzo zdziwił mnie widok walizki z opcją noszenia na plecach, bo w momencie zakupu w sklepie Cyfrowe.pl były pokazane zdjęcia kompletnie innego modelu i to nimi się sugerowałem. Po zwrocie wybór padł na Manfrotto Pro-Light II Frontloader M. Plecak ogromny, wygodny i świetnie wykonany. Mieszczę w nim wszystko. Wchodzą tu dwa aparaty, 5-6 obiektywów, okablowanie, powerbanki, dyski, karty pamięci, myszka i jeszcze jest wolne miejsce.

Pomimo ogromnych rozmiarów plecak jest bardzo wygodny, nawet jak jest mocno obładowany. Fakt, że wygląda się z nim jak 5-latka z tornistrem, ale trzeba to przeżyć. Zdarzyło mi się z nim nawet chodzić po górach i nie narzekałem na brak komfortu. Po blisko roku użytkowania praktycznie nie widać na nim śladów użytkowania, a mam go praktycznie zawsze ze sobą.

Co jest najważniejsze to możliwość otwarcia całej przestrzeni załadunkowej plecaka. Na wyjazdach zawsze mam załadowany plecak po brzegi i nawet nie chcecie wiedzieć, jak wygląda wyciąganie i pakowanie całego sprzętu podczas kontroli bezpieczeństwa na lotnistku. Dramat! Tutaj wyciągam tylko rzeczy z baterią, otwieram plecak, tak że dosłownie wszystko jest na widoku i tylko raz na już kilkanaście lotów miałem problem i musiałem wszystko wyciągać. Oczywiście, że w Polsce, bo kolejek akurat nie było i państwu się ewidentnie nudziło na kontroli.
Czytaj też: Test realme GT 8 Pro – najbardziej wyczekiwany smartfon tego roku. Z czasem go doceniłem
Razer ProClick V2 – sorry Logitech

Jeśli bolą Was nadgarstki w trakcie pracy to naprawdę warto spróbować myszki pionowej. W moim przypadku od dłuższego już czasu był to Logitech MX Vertical, ale jak się okazuje – da się lepiej!
Razer ProClick V2 jest względem Logitecha myszką większą i jest naprawdę ogromna. To chyba największa myszka, jakiej używałem. Jest też myszką bardziej pionową (71,7 stopnia przy 57 w Logitechu), co jest wygodniejsze w codziennej pracy. Razer konstrukcyjnie ma też ogromną przewagę w postaci małego wystającego elementu na boku, na którym można oprzeć zewnętrzną część dłoni. Mała rzecz, a jest to ogromna różnica względem Logitecha.

Konstrukcyjnie Razer ProClick V2 ma jedną wadę i jest to przycisk pod kciukiem, który domyślnie jest ustawiony jako cofanie. Bardzo łatwo się go wciska i jednocześnie bardzo łatwo można to zrobić zupełnie przypadkiem. Konstrukcyjnie brakuje mi tu tylko pokrętła z mechanizmem koła zamachowego, ale tego nie ma żadna myszka pionowa.

Razera, podobnie jak MX Vertical, można personalizować pod kątem różnego działania w zależności od używanej aplikacji, tworzyć makra, parować z różnymi urządzeniami jednocześnie, także o ile z tego korzystacie na co dzień, to raczej wszystko da się zastąpić. Razer ProClick V2 ma też przycisk skrótu do Chatu GPT. No szał! Nie skorzystałem z tego ani razu.

Poza tym mega wygodna myszka, ładuję ją co 2-3 miesiące, sensor jest precyzyjny i potrzebuje niewielkich ruchów dłonią do przesunięcia kursora nawet po całym 49-calowym monitorze. Koniec końców jest to moja druga myszka i korzystam z niej w biurze. Pracując w domu, gdzie częściej montuję wideo, korzystam z Logitech MX Master 4 ze względu na bardzo użyteczne, dodatkowe pokrętło do przewijania w poziomie.
Sigma 35 mm F1.4 DG DN I Art stał się moim głównym obiektywem do wideo

Od kilku miesięcy korzystam z Lumixa S5 II. Do wideo, do zdjęć niezmiennie używam Sony A7 III, ale to jest materiał na osobną historię, o której przy innej okazji. Lumixa dostałem i tak, dostałem, z dwoma obiektywami – 24-60 i 24-70 mm f/2.8. Darowanemu koniowi… i tak dalej. Brakowało mi czegoś z jasną przysłoną i tak po namyśle padło na Sigmę 35 mm F1.4 DG DN I Art.

Dlaczego? Bo 50 mm jest za wąski do grania sprzętu trzymanego w drugiej ręcej i czasem w pionie, a mniej niż 35 mm to się w ogóle nie nadaje do codziennego użytkowania i nie zapraszam do dyskusji. Z kolei 18-45 mm f/1.8 kosztuje prawie dwa razy więcej, więc wybór był oczywisty.

Po pewnym czasie zauważyłem, że poza ujęciami gadającej głowy nagrywam tym obiektywem praktycznie wszystko. Samochody, telefony, laptopy, pion, poziom… Polubiłem się z tymi 35 mm, rzadko wcześniej korzystałem z tej ogniskowej, a duży otwór przysłony pozwala mi nagrywać w praktycznie każdych warunkach. Obraz jest plastyczny, bardzo ostry, autofocus działa wzorowo. Do tego obiektyw jest świetnie wyważony i zwyczajnie bardzo dobrze się nim nagrywa w parze z Lumixem S5 II.

Jedyny minus, z czym akurat liczyłem się od samego początku, to aberracja chromatyczna przy otwartej przysłonie. Coś, do czego przyzwyczaił mnie już dawno Samyang AF 50 mm F/1.4 II, choć Sigma nie jest pod tym względem szkłem aż tak dramatycznym.
Czytaj też: Test FlexiSpot E7 Flow – mistrz stabilności dostał nowe usprawnienia
Sigma 24-70mm f/2.8 DG DN Art II była niezbędną koniecznością

Tutaj krótko – ten obiektyw musiałem kupić ze względu na uszkodzenie tego samego modelu, tylko pierwszej generacji. O czym więcej przeczytacie w recenzji Sigma 24-70mm f/2.8 DG DN Art II.
Świetny obiektyw, śmiało można powiedzieć, że kultowy wśród użytkowników, przynajmniej w Polsce. Dostępny z różnymi mocowaniami, ostry, szybki, do zdjęć, wideo, dosłownie do wszystkiego i każdej okazji.

Stary obiektyw nadal jest używany, jak widzicie powyżej. Robi za absurdalnie drogą, ale efektową ozdobę.
Czytaj też: Takie zdjęcia robi Huawei Pura 80 Ultra. Aparat zachwyca, ale jest tak dziwny…
Pierścienie redukcyjne do obiektywów – dlaczego wcześniej na to nie wpadłem?! Plus kilka innych akcesoriów.

Obiektywy mają to do siebie, że bardzo często mają różne średnice filtrów. W efekcie mam ich kilkanaście, a wspomniana wyżej Sigma ma zupełnie inną średnicę niż pozostałe obiektywy, z których korzystam, więc to oznaczało kolejne wydatki. Wtedy wpadłem na genialne rozwiązanie, jakim są pierścienie redukcyjne i nie mam zielonego pojęcia, dlaczego nie wpadłem na to wcześniej.

Pierścienie redukcyjne pozwalają zamocować większy filtr na obiektywie o mniejsze średnicy. I tak mając średnicę 67 mm w Sigmie 35 mm f/1.4 Art mogę na nią łatwo nakręcić filtr o średnicy np. 72 mm. Wybór padł na pierścienie K&F Concept. Metalowe, solidne, bardzo dobrze wykonane, do złapania za mniej niż 100 zł. Jeśli macie różne obiektywy i nie chcecie kupować kolejnych filtrów – nie ma lepszej opcji.

Jak już przy filtrach jesteśmy to mały bonus. Etui na filtry zazwyczaj mieści ich tylko kilka pojedynczych sztuk i jest bardzo drogie. Taki wynalazek kupiłem na Temu za grosze:


Czy jest dobrze wykonane? Ani trochę. Czy mieści i zabezpiecza kilkanaście filtrów i kosztuje grosze? Oczywiście! Matematykę zostawiam Wam.


Równie tanim i świetnym zakupem było etui na karty pamięci. Na Temu jest ich ogromny wybór. Nieduże, solidne, mieści sporo kart – nie ma nad czym się zastanawiać.
Podobnie jak w przpadku takiego uchtywu do nagrań pionowych. To znaczy w celu zamontowania aparatu pionowo na statywie do nagrań pionowych. Jeśli macie klatkę to problem raczej macie z głowy. Jeśli nie, bo z różnych powodów jej nie potrzebujecie to jest to bardzo dobre rozwiązanie.
Czytaj też: Huawei Watch Ultimate vs Ultimate 2 – nikt nie prosił, czy każdy się ucieszy?
Konsola R36s to jedyne, czego potrzebuję w podróży

W podróży fajnie jest w coś pograć. Tylko jeśli, podobnie jak ja, dłuższe podróże odbywacie kilkanaście razy w roku, to zakup konsoli pokroju Steam Decka mija się z celem. Fajne, tylko po co? Temat na inną dyskusję to fakt, że kompletnie nie widzę u siebie sensu grania na konsolach przenośnych. Od tego mam w końcu 49-calowy monitor.



Na konsoli R36s gram w zasadzie głównie w Pokemony, choć gier są tu praktycznie tysiące. Sprzęt przyzwoicie wykonany, wygodny, z ładnym ekranem, działający na pojedynczym ładowaniu kilka godzin. Tu naprawdę więcej do szczęścia nie trzeba. O ile tylko cena nie przekracza 200 zł – można brać w ciemno, warto.
DJI Osmo Actio 5 Pro okazał się bardziej przydatny, niż się spodziewałem

Cel zakupu DJI Osmo Action 5 Pro był jeden – nagrania POV z jazd samochodami. Regularnie publikujemy je na kanale Focus na Motoryzację, którego jakimś cudem jeszcze nie subskrybujesz, co warto nadrobić. Tak wygląda przykładowe nagranie:
Osmo Action 5 Pro wypadł najlepiej w porównaniu parametrów i możliwości względem podobnej konkurencji Insta360 i GoPro. Choć oczywiście dzisiaj lepszym wyborem jest już Osmo Action 6, ale teraz to co ja mogę…

Oczywiście wybitna stabilizacja, ładny obrazek, mega solidne wykonanie, banalnie prosta obsługa i dobrze działająca aplikacja mobilna to główne zalety kamery. Przyczepić się mogę tu tylko do tego, że obrazek po konwersji z LOG-a jest bardzo kontrastowy ze zbyt mocno podbitą czernią, ale jest to spokojnie do skorygowania w edycji.

Choć kamera miała przydać się tylko w jednym zastosowaniu używam jej znacznie częściej, niż się spodziewałem. DJI Osmo Action 5 Pro zwyczajnie dodaje większy pakiet ujęć do naszych filmów. Nietypowe ujęcia samochodów podczas jazdy, odkurzaczy po zaczepieniu na magic armie do rączki czy do robota odkurzającego, albo latanie kamerą na kiju nad robotem dosłownie jak dronem – w zasadzie co tylko da się wymyślić, to pewnie da się to tym nagrać.

Jeśli planujesz nagrywać na zewnątrz to niezbędnym dodakiem są filtry ND i jest to koszt nieprzekraczający 200 zł.
Czytaj też: Test Dreame Matrix 10 Ultra – najbardziej elegancki robot sprzątający żongluje mopami
SmallRig 4059, bo miał być mały i lekki

Ile ja się lat zbierałem do zakupu statywu, to aż trudno skomentować. No i w końcu jest, choć o ograniczonych możliwościach, ale po kolei. Potrzebowałem statywu, który będę mógł zabrać w góry, wieć priorytetem były możliwie kompaktowe wymiary po złożeniu i jak najniższa masa, przy jednoczesnej możliwości uzyskania takiej wysokości, która pozwoli mi zamontować aparat i coś do niego powiedzieć.

Po co? Bo czasem trzeba coś nagrać na wyjeździe, a przede wszystkim po to:



Tak padło na statyw SmallRig 4059, bo jest z włókna węglowego, składa się do kompaktowych wymiarów i waży 1250 gramów. A powyższe zdjęcia zostały wykonane właśnie z jego pomocą.
Statyw ma ograniczone możliwości na co dzień, bo ma zbyt małą płytkę, co uniemożliwia zamontowanie na nim aparatu z prompterem, ale do zdjęć czy zamocowania samego aparatu w pełni wystarcza. No i w końcu skończyła mi się wymówka, że nie mam jak zabrać statywu, bo nie mam gdzie go wsadzić.