FOBS to akronim, który dla większości ludzi nie znaczy nic. W praktyce mówimy jednak o koncepcji, która w latach 60. kazała Amerykanom spojrzeć nie tylko na północ, skąd spodziewali się radzieckich rakiet balistycznych, ale również w górę i za siebie. Dziś ten sam pomysł wraca w chińskim wydaniu. Tyle tylko, że po drodze świat dorobił się pojazdów hipersonicznych, sensorów orbitalnych, systemów obrony warstwowej i dużo większej zależności od kosmosu.
FOBS nie jest zwykłą rakietą. Właśnie dlatego budzi taki niepokój
FOBS, czyli Fractional Orbital Bombardment System, najprościej opisać jako częściowy system bombardowania orbitalnego. “Częściowy” jest tutaj słowem kluczowym, bo nie chodzi o klasyczne umieszczenie głowicy jądrowej na stabilnej orbicie i trzymanie jej tam jak apokaliptycznego satelity. Chodzi o wyniesienie ładunku lub pojazdu bojowego na trajektorię zahaczającą o orbitę, a następnie sprowadzenie go w dół przed wykonaniem pełnego okrążenia Ziemi.
Czytaj też: CA-1EA wygląda jak elektroniczny łom do wyważania nieba nad wrogiem

Brzmi to jak jakiś prawny wybieg? Bo w dużej mierze nim właśnie był. Traktat o przestrzeni kosmicznej z 1967 roku zakazuje bowiem umieszczania broni jądrowej i innych rodzajów broni masowego rażenia na orbicie, na ciałach niebieskich lub stacjonowania ich w kosmosie w jakikolwiek inny sposób. FOBS operował jednak w tej szarej strefie. Testowany nośnik mógł być zdolny do przenoszenia głowicy, ale nie musiał jej mieć na pokładzie, a sam lot mógł kończyć się przed pełnym wejściem w klasycznie rozumianą orbitę. Formalnie można było więc twierdzić, że zakaz nie został złamany, a strategicznie przekaz był dużo prostszy, bo w stylu “potrafimy uderzyć inaczej, niż zakładacie”.
Właśnie w tym tkwiła groza radzieckiej koncepcji. Klasyczna międzykontynentalna rakieta balistyczna leci wysoko, po przewidywalnej trajektorii i daje systemom wczesnego ostrzegania pewien czas na reakcję. FOBS mógł te założenia rozbić, bo pozwalał podejść do celu z nieoczekiwanego kierunku. W przypadku USA szczególnie ważny był kierunek południowy, ponieważ amerykańskie systemy ostrzegania z czasów zimnej wojny były projektowane przede wszystkim pod zagrożenie nadchodzące przez Arktykę.
Pisałem już kiedyś o chińskim powrocie do orbitalnej broni FOBS, ale najnowszy kontekst jest moim zdaniem ciekawszy od samego faktu “Chiny coś testują”. Istotniejsze jest pytanie, czy teraz Pekin rzeczywiście odtwarza stary radziecki pomysł, czy raczej wykorzystuje go jako fundament pod zupełnie nową klasę problemów dla amerykańskiej obrony przeciwrakietowej.
Radziecki pomysł był koszmarem, bo łamał intuicję obrony
W latach 60. FOBS idealnie pasował do logiki zimnej wojny. Obie strony rozumiały już, że odstraszanie jądrowe nie polega wyłącznie na posiadaniu ogromnej liczby głowic. Równie ważne było przekonanie przeciwnika, że pierwsze uderzenie nie zniszczy zdolności do odpowiedzi. Każda technologia skracająca czas ostrzegania albo omijająca istniejące sensory naruszała tę równowagę.

Radziecki R-36Orb, znany też jako R-36O, był właśnie takim narzędziem do wywierania presji. Testy prowadzone w drugiej połowie lat 60. wywoływały zamieszanie również dlatego, że dla osób obserwujących niebo mogły wyglądać jak dziwne zjawiska świetlne. Amerykanie z czasem przestali udawać, że nie wiedzą, o co chodzi. W listopadzie 1967 roku Pentagon publicznie poruszył temat FOBS, zdejmując z niego część aury tajemnicy.
Wkrótce później USA rozbudowały systemy wczesnego ostrzegania, a w tym orbitalne sensory podczerwieni wykrywające starty rakiet. Wtedy cały element zaskoczenia nie zniknął całkowicie, ale przestał być tak absolutny, jak mógł wydawać się na początku. Stary FOBS był więc groźny, lecz już nie magiczny. Ten szczegół warto zapamiętać, bo dokładnie tutaj zaczyna się współczesna debata o Chinach, bo to nie tak, że Pekin właśnie “wskrzesił superbroń” i nagle cały amerykański system obrony przestał mieć sens. Dzisiejsze USA nie są USA z 1967 roku, a dzisiejszy FOBS nie jest kopią radzieckiego R-36Orb. Największy problem leży w połączeniu starej trajektorii z nowym typem ładunku.
Chińska wersja jest groźniejsza przez hipersoniczny finał
Chiny nie muszą odtwarzać radzieckiego FOBS jeden do jednego, żeby wywołać ból głowy w Waszyngtonie. Wystarczy, że połączą częściowy profil orbitalny z hipersonicznym pojazdem szybującym HGV. Taki pojazd po zejściu w atmosferę nie zachowuje się jak klasyczna głowica balistyczna spadająca po dość przewidywalnej krzywej. Lecąc z prędkością powyżej Mach 5, może utrzymywać niższy profil lotu i manewrować, przez co trudniej ustalić, gdzie dokładnie będzie można go przechwycić.
Czytaj też: Nie jest to broń, ale coś czuję, że armie całego świata oszaleją na punkcie SharpSight
Na papierze brzmi to jak koszmar obrońcy. Najpierw nośnik wynosi pojazd na bardzo długą trajektorię, potencjalnie umożliwiając podejście z nietypowego kierunku. Potem HGV oddziela się i zaczyna lot w atmosferze, skracając czas reakcji oraz komplikując pracę radarów i systemów dowodzenia. Właśnie dlatego z punktu widzenia bezpieczeństwa tak ważne są nie tylko same pociski przechwytujące, ale cała warstwa wykrywania, śledzenia, obliczania trajektorii i przekazywania danych między sensorami. Podobny problem opisywałem przy hipersonicznej broni odpalanej z kosmosu.

Jednocześnie nie ma co udawać, że Chiny są blisko zbrojeniowej rewolucji. Raport Pentagonu za 2024 rok wskazywał, że 27 lipca 2021 roku Chiny przetestowały pojazd HGV o zasięgu międzykontynentalnym, który przeleciał około 40000 km i pozostawał w locie przez ponad 100 minut. Ten sam raport zaznaczał, że test najpewniej pokazał techniczną zdolność do rozwijania systemu FOB, ale nie wskazywał na kolejne publicznie potwierdzone próby FOBS w 2022 i 2023 roku. Innymi słowy, potwór z orbity wrócił do debaty, ale wciąż nie wiemy, jak blisko jesteśmy jego pełnego wdrożenia.
USA odpowiadają “kopułą”, ale kopuła nie jest magiczną tarczą
Amerykańska odpowiedź coraz częściej sprowadza się do hasła Golden Dome, czyli Złotej Kopuły. Ten projekt ma tworzyć wielowarstwową obronę przed pociskami balistycznymi, hipersonicznymi, manewrującymi i innymi zaawansowanymi zagrożeniami powietrznymi. Pisałem już o tym przy okazji opisywania amerykańskiej i europejskiej obsesji przeciwlotniczych kopuł, gdzie widać dokładnie ten sam mechanizm. Państwa chcą dziś systemów, które “spinają” sensory, dowodzenie i efektory w jedną sieć. Problem w tym, że każda taka sieć ma ograniczenia. Musi działać szybciej od zagrożenia, nie może utonąć w fałszywych alarmach, musi przetrwać zakłócenia, cyberataki i fizyczne niszczenie satelitów, a do tego nie może kosztować tyle, żeby sama stała się strategiczną fantazją.
Czytaj też: Jeden człowiek, wiele maszyn i coraz mniej ręcznego sterowania. Nadchodzi wojna autonomiczna

Golden Dome może więc być odpowiedzią, ale nie powinien być traktowany jak gwarancja nietykalności. Przy FOBS liczą się fazy lotu. Przechwycenie przed startem oznacza działania wywiadowcze, cybernetyczne lub kinetyczne. Przechwycenie w fazie startowej wymaga niemal idealnego dostępu do danych i odpowiednio rozmieszczonych efektorów, a przechwycenie w końcowej fazie lotu jest najbardziej wymagające.

Wspomniany traktat o przestrzeni kosmicznej z 1967 roku opierał się na założeniu, że kosmos powinien pozostać domeną pokojowego wykorzystania, badań i współpracy. Oczywiście nawet wtedy była to wizja mocno idealistyczna, bo satelity rozpoznawcze, komunikacja wojskowa i systemy wczesnego ostrzegania od dawna miały znaczenie strategiczne. Różnica polega na tym, że dziś zależność od orbity jest absolutna. Nawigacja, synchronizacja czasu, łączność, rozpoznanie, ostrzeganie przed startami rakiet, pogoda, kierowanie precyzyjnym uzbrojeniem – wszystko to opiera się na infrastrukturze kosmicznej. Atak na tę infrastrukturę albo wykorzystanie jej do skrócenia drogi uderzenia na Ziemię nie jest już egzotyczną wizją z zimnej wojny. Staje się jednym z głównych tematów bezpieczeństwa.
Źródła: Popular Mechanics

