Warszawa z perspektywy 2400 W. Spędziłem miesiąc z ENGWE Y1000

Od 11 lat mieszkam w Warszawie, więc „blisko” ma tutaj trochę inne znaczenie. Dla mnie 5 kilometrów „z buta” to normalny spacer, a jeśli GPS pokazuje autem mniej niż 30 minut, automatycznie uznaję, że cel znajduje się praktycznie na wyciągnięcie ręki.
Warszawa z perspektywy 2400 W. Spędziłem miesiąc z ENGWE Y1000

ZANIM PRZEJDZIEMY DO DALSZEJ CZĘŚCI TEKSTU…

PAMIĘTAJ ZAŁOŻYĆ KASK!

Jednak zawrotne 1,86 mln ludzi przemieszczających się po mieście każdego dnia oraz jego powierzchnia potrafią przyprawić o zawrót głowy. A gdy tylko wychodzi piękne słoneczko, no umówmy się – komu chce się siedzieć w zatłoczonym metrze albo autobusie? Dlatego kiedy pierwsze promienie ciepłego słońca oświetlają me lico, automatycznie wskakuję na alternatywne środki komunikacji.

I nie będę Was oszukiwał – mimo że mam piękny, wręcz instagramowy rower, chęci do korzystania z niego są raczej umiarkowane. Bo dla mnie rower to nie środek transportu. To prędkość, adrenalina, pot, łzy i zapach gumy. A wejdź potem w takim stanie na spotkanie. No średnio.

Czytaj też: Test Ausom Gosoul 2. Hulajnoga elektryczna bardzo dobrze spisująca się w mieście

Dlatego moja dusza autentycznie się uradowała, gdy w przestrzeni miejskiej pojawiły się hulajnogi sharingowe.

Człowieniu…

Na samym początku koszt jazdy taką hulajnogą przez cały sezon był niższy niż wymiana letniego obuwia po jednym festiwalu muzycznym. Jednak z roku na rok rynek zaczął się normować, a ceny zamiast trzymać się ziemi, zaczęły szybować w przestworzach. Dlatego nareszcie dorosłem do decyzji, że może posiadanie własnego środka lokomocji w postaci hulajnogi elektrycznej będzie wybitnym pomysłem. 

Jeżeli coś jest do wszystkiego to jest…

Mam wrażenie, że rynek hulajnóg elektrycznych trochę sam sobie zrobił krzywdę. Przez ostatnie lata dostaliśmy tyle miejskich konstrukcji udających „sprzęt do wszystkiego”, że człowiek przestał wierzyć w marketingowe hasła o mocy, komforcie i możliwościach terenowych. Bo prawda jest taka, że większość hulajnóg kończy swoją przygodę w momencie, w którym asfalt przestaje wyglądać jak świeżo położony pas startowy, albo gdy na ścieżce rowerowej pojawi się lekko niedopasowana studzienka kanalizacyjna.

No bo jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego… z założenia. Jednak są konstrukcje, które w zupełności temu zaprzeczają, dokładnie tak jak ENGWE Y1000. Zobaczcie jak prosta nazwa modelu, a nie wyglądająca jak hasło do twojego portalu randkowego z podwójnym stopniem weryfikacji. 

Czytaj też: Potężna hulajnoga terenowa, która waży jak worek treningowy. Kto to będzie nosił?

I nie, to nie jest kolejna miejska hulajnoga z LED-ami pod deckiem, która po pierwszym spotkaniu z kostką brukową zaczyna wydawać dźwięki przypominające wózek sklepowy z funkcją cyrkla. ENGWE Y1000 od pierwszych sekund daje bardzo jasno do zrozumienia, że została zbudowana według zupełnie innej filozofii. Mały disclaimer, proszę tutaj nie zwracać uwagi na stopień zabrudzeń otulający Y1000, bo to ma być hulajnoga do zadań specjalnych, a nie niedzielny dyliżans.

Zdecydowanie jest to sprzęt dla osób, które nie zadają pytań:

czy da się tam wjechać?

bardziej zastanawiają się:

co się stanie, jak tam wjadę

Pierwsze spotkanie z ENGWE Y1000

ENGWE Y1000 nie udaje nikogo i za nic się nie przebiera. Na pierwszy rzut oka już wiesz, że coś jest na rzeczy, że nie jest to miejski crossover tylko bardziej terenówka do wszech zadań. Już samo wyciąganie jej z kartonu daje ci delikatny sygnał ostrzegawczy dla kręgosłupa, że tutaj nie będzie lekko. 36 kilogramów robi swoje. I zanim jeszcze przejedziesz pierwszy metr, zaczynasz rozumieć, że ta hulajnoga nie powstała z myślą o codziennym składaniu jej pod biurkiem w coworku obok MacBooka i cappuccino z mlekiem sojowym. (Jak coś mam Macbooka i pije cappuccino na sojowym, ale pasowało do narracji.)

To jest pełnoprawny pojazd z potężnym napędem.

Czytaj też: Solidna hulajnoga z zapasem mocy? Teraz Ausom L2 Dual Motor w atrakcyjnej cenie

W dodatku taki, który wygląda, jakby spokojnie przetrwał mały konflikt zbrojny i ucieczkę z wybuchającego hangaru z pirotechniką. W konstrukcji czuć bardzo przyjemną „mechaniczną szczerość”. Nic tutaj nie sprawia wrażenia delikatnego albo projektowanego wyłącznie pod tabelkę sprzedażową. Rama jest ogromna, deck szeroki, zawieszenie wybitne, a całość sprawia wrażenie jednej zwartej bryły.

Do składania nie potrzebujesz partnera.

Nie jest to Kallax z IKEA, więc spokojnie ogarniesz składanie sam. Dłużej zajmie Ci proces wyciągania hulajnogi z kartonu niż przykręcenie 4 śrubek do kierownicy. Jedyne co mnie potężnie zastanawia, co producent miał na myśli dodając do zestawu karton śrubek. Bardzo intensywnie zastanawiałem się czy nie napisać email z pytaniem, czy maszyna pakująca się pomyliła, ale przyjąłem interpretację, że taki zestaw jest do każdej jednostki. Jak narazie, a minęły prawie 2 miesiące, nie skorzystałem z ani jednej części zastępczej.

Zapraszam na przejażdżkę 

MASZ TEN KASK NA GŁOWIE? BO BEZ NIEGO DALEJ NIE PRZEPUSZCZĘ!
  • mocny odkurzacz: 700–900 W
  • mocna suszarka: 1800–2200 W
  • ENGWE Y1000: 2400 W

To jakbyś skleił razem 2 do 3 hulajnóg miejskich. Specyfikacja mówi o podwójnym silniku 1200 W x 2, co z prawa mnożenia daje 2400 W mocy szczytowej. I wiecie co? Bardzo często takie liczby przyjemnie wyglądają w specyfikacji urządzenia, a nie koniecznie tak samo dobrze w rzeczywistości. Szczególnie w świecie, w którym każdym producent chwali się watami. Tutaj jednak naprawdę czuć tę moc, and i mean naprawdę. Jest ona odczuwalna szczególnie w trybie SPORT. I to od pierwszego mocniejszego odkręcenia manetki.

Czytaj też: IP54, NFC i czytelny ekran. Taka hulajnoga ma sens w Polsce

ENGWE Y1000 nie startuje jak klasyczna miejska hulajnoga. Ona wyrywa do przodu z bardzo charakterystycznym momentem. Gwarantuje Ci, że po pierwszym przyspieszeniu zaczniecie się szanować. Szczególnie po odblokowaniu prędkości, kiedy okazuje się, że deklarowane 60 km/h nie jest teorią napisaną drobnym druczkiem, ale! Pamiętajcie, że po droga miejskich takiej prędkości w Polsce rozwijać nie wolno! Zachęcam do zapoznania się z prawem, co by hulajnogi nie stracić, a co najważniejsze nie stworzyć na drodze niebezpiecznej sytuacji.

To jest ten typ przyspieszenia, przy którym automatycznie zaczynasz mocniej trzymać kierownicę i to kolejny idealny moment, aby przypomnieć: KASK!

Komfort jakiego nie miałeś w S klasie.

I tutaj dochodzimy chyba do najważniejszej rzeczy w całej tej hulajnodze. Komfortu jazdy i bezpieczeństwo – już tłumaczę. Bo moc jest super, prędkość robi wrażenie, ale to właśnie komfort sprawia, że zaczynasz rozumieć sens istnienia tego typu konstrukcji. Przednie i tylne zawieszenie robi tutaj absolutnie fenomenalną robotę. ENGWE Y1000 dosłownie płynie po mieście i nie chodzi nawet o idealny asfalt, bo na idealnym asfalcie większość hulajnóg radzi sobie dobrze.

Prawdziwy test zaczyna się tam, gdzie kończy się perfekcyjna nawierzchnia. Kostka brukowa, stare chodniki, popękane ścieżki rowerowe, tory tramwajowe, leśne drogi, żwir, nierówności, krawężniki – właśnie wtedy ENGWE pokazuje, dlaczego waży tyle, ile waży i ile kosztuje. Ta hulajnoga daje gigantyczne poczucie pewności, której miejska Ci nie da, a taka na minuty to już w ogóle nie ma o czym mówić.

Czytaj też: Wjedziesz hulajnogą gdzie nie trzeba? System wyłączy ją zdalnie bez twojej zgody

Naprawdę trudno to opisać komuś, kto wcześniej jeździł głównie lekkimi miejskimi modelami. Tam często masz wrażenie balansowania na granicy przyczepności i kontroli. Każda większa dziura oznacza modlitwę o to, żeby przednie koło jednak przeżyło spotkanie z rzeczywistością. Do tego każdy defekt na drodze, hulajnoga przekazuje Ci w nieprzyjemny sposób w postaci szarpnięć i wstrząsów wprost na twoje spracowane ręce.

Tutaj? Po prostu jedziesz.

I właśnie to jest najbardziej uzależniające i sprawia, że nie komunikację miejską w okresie wiosenno – letnim ominiesz szerokim łukiem. 

Po kilku dniach łapiesz się na tym, że kompletnie przestajesz analizować nawierzchnię. Wcześniej omijałeś nierówności. Teraz zaczynasz specjalnie w nie wjeżdżać tylko po to, żeby sprawdzić czy dasz radę przejechać.

Najczęściej odpowiedź brzmi: „Bez problemu.” Jedyny minus tego rozwiązania, o zgrozo nie przesiadaj się później na miejskie hulajnogi bo wyrwiesz sobie ręce z zawiasu.

Czytaj też: Test hulajnogi Ausom DT2 Pro – wygląda jak potwór, ale to wyczynowa limuzyna

Teraz będzie “unpopular opinion”, na którą mogą sobie pozwolić tylko nieliczni. To znaczy, nikomu nie polecam przynależności do tej grupy, dlatego sprawdziłem na własnym ciele. Rok temu wywaliłem sobie bark z zawiasów podczas gry w padla. (mam Macbooka, pije cappuccino na sojowym i gram w padla – skreśl niepotrzebne). Dzisiaj po roku rehabilitacji, dolegliwość jest niestety wciąż odczuwalna, w szczególności podczas przemierzania miejskiej dżungli właśnie na hulajnodze, bo czuje jakby hulajnoga chciała mi oderwać rękę. Dodatkowo wyczuwalna jest każda drogowa nierówność w postaci drgań przeniesionych na staw barkowy. Przy ENGWE Y1000 nareszcie odczułem ulgę, oczywiście przy ruszaniu w trybie sport, prędkość robi swoje, ale podczas normalnej jazdy, zawieszenie, pozycja na hulajnodze – odciążają ręce. Więc dla wszystkich ze schorzeniami – polecam również.

Hulajnoga, która prowokuje do jazdy “na około

Najciekawsze w ENGWE Y1000 jest chyba to, że ona bardzo szybko zmienia sposób myślenia o samej jeździe. Większość hulajnóg traktujesz zadaniowo. Masz dostać się z punktu A do punktu B. Koniec historii. Głównie ze względu na komfort, ale również zasięg. Tutaj nagle zaczynasz jeździć dla samej jazdy. Skręcasz w nieznane uliczki. Wjeżdżasz tam, gdzie wcześniej byś się nie zapuścił. Nagle okazuje się, że „a zobaczę tylko co jest za tym zakrętem” kończy się trzydzieści minut później kilka kilometrów dalej, a obiad w domu stygnie i właśnie wtedy doceniasz baterię – to chyba najdziwniejsze zdanie jakie w życiu napisałem. 😀

52 V, 22,5 Ah i deklarowany zasięg do 100 kilometrów robią ogromną różnicę psychologiczną. Oczywiście – wszystko zależy od stylu jazdy, temperatury, terenu i tego, czy jedziesz spokojnie, czy próbujesz ustanowić nowy rekord prędkości między światłami, ale sama świadomość, że nie musisz co chwilę zerkać nerwowo na procent baterii, daje ogromny komfort. To trochę jak różnica między małym miejskim autem elektrycznym a dużym grand tourerem. Nagle przestajesz kalkulować każdy kilometr i ładujesz hulajnogę raz na kilka dni. Samo ładowanie zajmie Ci około 5h. 

Hydrauliczne hamulce, czyli całe szczęście ktoś o tym pomyślał

Nie wyhamujesz auta terenowego hamulcem za 15 ziko i całe szczęście ENGWE Y1000 dostała hydrauliczne hamulce tarczowe, bo tutaj zwykłe rozwiązania po prostu nie miałyby sensu. Hamowanie jest pewne, przewidywalne i bardzo stabilne nawet przy wyższych prędkościach. Nie ma tego nieprzyjemnego uczucia walki z hulajnogą podczas gwałtowniejszego zatrzymania.

Oświetlenie i detale, czyli bajery dla wymagających

ENGWE Y1000 ma też bardzo przyjemny „technologiczny vibe”. Jest duży wyświetlacz TFT, aplikacja, Bluetooth, odblokowanie NFC, ambientowe podświetlenie, tempomat… i wszystko to sprawia, że hulajnoga bardziej przypomina futurystyczny pojazd z cyberpunkowego miasta niż klasyczny środek transportu. Szczególnie wieczorem robi to świetny klimat. I co ważne – oświetlenie nie jest tutaj wyłącznie ozdobą. Przednie światło naprawdę daje radę, tylne światło stopu poprawia widoczność, a boczne elementy odblaskowe sprawiają, że całość jest zwyczajnie bezpieczna. No i oczywiście kierunkowskazy. 

Huston, mamy problem 

I tym problemem jest waga. Nie ma sensu udawać, że 36 kilogramów to „trochę ciężej niż standardowo”. To jest bardzo ciężka hulajnoga. O ile w codziennym użytkowaniu podczas jazdy absolutnie tego nie czujesz – wręcz przeciwnie, masa daje genialną stabilność – tak sytuacja zmienia się w momencie, w którym trzeba ją wnieść na 4 piętro. Studio mamy na piątym piętrze w budynku z podjazdem dla hulajnóg i windą, więc tam człowiek funkcjonuje jak w świecie idealnym. Problem zaczyna się po powrocie do domu. Mieszkam w starej kamienicy na pierwszym piętrze. Każde wniesienie ENGWE Y1000 po schodach to już nie jest transport. To pełnoprawny trening funkcjonalny z elementami crossfitu i refleksji nad własnymi decyzjami życiowymi.

Czytaj też: Acer Predator ES Storm – hulajnoga, która miasta się nie boi

Po kilku dniach zaczynasz łapać się na tym, że planujesz wyjścia trochę strategicznie: „Czy na pewno chcę jeszcze raz dzisiaj znosić i wnosić tego potwora?”, ale jednocześnie bardzo szybko rozumiesz, skąd ta masa się bierze. Właśnie dzięki niej ENGWE Y1000 prowadzi się tak pewnie. Nie trzeszczy, nie telepie się, nie sprawia wrażenia delikatnej. Wszystko tutaj jest masywne, konkretne i zbudowane z myślą o tym, żeby wytrzymać dużo więcej niż miejskie ścieżki rowerowe.

Mam jeszcze jeden minus. Moja partnerka – 1,58 m wzrostu nie może korzystać z tego postrachu szos i to nawet znajdziesz w instrukcji, że ENGWE Y1000 jest rekomendowane od 1,6 m i ja się wcale nie dziwię, bo gdy próbowała okiełznać tego rumaka okazało się, że głowę ma na wysokości kierownicy, co przy ostrym hamowaniu może skończyć się… płatem czołowym. 

Czy ENGWE Y1000 jest dla każdego?

Kochany! Zdecydowanie nie. Jest to unikat dla koneserów miejskich wędrówek hulajnogowych.. To nie jest hulajnoga dla osoby, która szuka lekkiego sprzętu do wrzucenia do bagażnika, wniesienia jedną ręką do mieszkania i okazjonalnego przejazdu po centrum miasta. To jest sprzęt dla ludzi, którzy chcą czegoś więcej niż „transportu”. 

Czytaj też: Acer Nitro ES 4 Select to hulajnoga elektryczna, której nie będziesz się wstydził

Dla ludzi, którzy lubią czuć moc, i chcą mieć poczucie kontroli. Lubią sprzęty z charakterem. I dla tych, którzy chcą po prostu jechać przed siebie bez zastanawiania się, czy droga za chwilę przypadkiem się nie skończy. Cena za tego potwora u producenta to 4229 zł. Sporo, ale przypomnę tylko, że nie jest to kolejna zwykła miejska hulajnoga.

Bo z ENGWE Y1000 często kończy się droga… a ty jedziesz dalej – mocne co?

Napisane przez

Konrad Koterba

Redaktor