SEAT Ateca gra w inną grę. Nie próbuje udawać, że jest o segment wyżej, nie sprzedaje nam futurystycznej wizji na siłę i nie zmienia auta w tablet na kołach. Zamiast tego stawia na klasyczną ergonomię, normalne gabaryty i rozwiązania, które działają bez tłumaczenia — siadasz, ustawiasz, jedziesz. I w czasach, gdy wiele nowych modeli testuje cierpliwość detalami, to podejście zaczyna być nie tyle „konserwatywne”, co po prostu rozsądne.
Wersja FR dodaje do tego trochę charakteru — ostrzejsze akcenty, bardziej zwarte wrażenie i możliwość doposażenia auta tak, żeby realnie podnieść komfort na co dzień, a nie tylko odhaczyć sportowy pakiet w konfiguratorze. I właśnie taką Atecę sprawdziłem — 1.5 TSI 150 KM z DSG, czyli definicję zdrowego środka; bez napinania się na osiągi, ale też bez wrażenia, że SUV musi prosić o litość przy każdym wyprzedzaniu.
Nadwozie i proporcje. SEAT Ateca to kompakt, który nie udaje większego auta
Ateca jest kompaktowym SUV-em w najbardziej klasycznym sensie — nie jest przesadzona gabarytowo, nie próbuje robić wrażenia pół klasy wyżej, ale też nie jest mała. To widać już po samych wymiarach — 4381 mm długości, 1841 mm szerokości i 1615 mm wysokości. To są liczby, które w praktyce oznaczają łatwiejsze parkowanie i manewrowanie niż w większych SUV-ach (gdzie czasem nawet tylna skrętna oś niewiele pomaga), a jednocześnie normalną przestrzeń w środku i bagażnik, do którego nie wkładamy walizki jak do schowka nad głową w samolocie.
To auto, którym możecie pojechać z rodziną na wakacje, i którym możecie wieczorem bardziej dynamicznie pojeździć po pustych szosach z głośną muzyką (już bez Beats, ale nadal konkretnie), żeby spędzić trochę czasu w samotności za kółkiem, co często osobiście jest dla mnie kojące. Sam ten fakt sprawia, że to jest bardzo sensowny samochód, który warto wziąć pod uwagę — a 5 lat gwarancji i finansowanie dla przedsiębiorców tylko dodają mu kolorów. Nie ma efektu „wow”, ale jest poprawnie i przyjemnie. A jak już wspominałem, właśnie o to w tym aucie chodzi.

